Wykonane przez Michała Wydrzyckiego.

Kunszt polskich pilotów

Dywizjon 303 jest legendą polskiego lotnictwa, której autorami
byli żywi, konkretni ludzie, piloci i współpracujący z nimi
personel techniczny, młodzi, pełni temperamentu i woli
zarówno walki jak też życia. A wszystko zaczęło się w
znakomitej Szkole Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie,
gdzie szlify zdobywały późniejsze sławy tegoż dywizjonu.
Wysoki poziom nauczania i żelazna dyscyplina uczyniły z
nich prawdziwych asów przestworzy i odważnych,
perfekcyjnych żołnierzy, którzy w czasie II wojny światowej
skutecznie nacierali na samoloty Luftwaffe, stając się
bohaterami w bitwie powietrznej o Anglię. Górowali nad
innymi pilotami nie tylko z racji świetnego wyszkolenia,
ale też  z powodu surowej, przedwojennej selekcji,
przestrzeganej sumiennie w Dęblinie. Instruktorzy tej szkoły
obserwowali bowiem swych kursantów także pod kątem
ich predyspozycji psychiczno-charakterologicznych. W
efekcie ci spokojniejsi z nich, latali na bombowcach,
natomiast pilotami myśliwców zostawali ci z fantazją i
brawurą, skorzy do ataku, szybcy i nieuchwytni. Mieli
oni jeszcze jedną cechę, różniącą ich od pilotów angielskich
– oczy „naokoło” głowy, gdyż kształceni w Dęblinie na
myśliwcach pozbawionych radia (takie tylko były w Polsce)
musieli bacznie obserwować to, co się działo wokół nich
oraz porozumiewać się gestami i ruchami skrzydeł. Zwykle
jako pierwsi dostrzegali  wroga i szarżując wprost na niego,
atakowali z tak bliskiej odległości, że wydawało się to wprost
niemożliwe.

DROGA DO ANGLII

Gdy Niemcy zaatakowali Polskę 1 września 1939 r. mieli
do dyspozycji około 1500 bombowców i 100 myśliwców.
To była potęga wobec 390 maszyn, w tym 150 znacznie
wolniejszych myśliwców, jakimi  dysponował nasz kraj.
Sukcesem była więc ewakuacja około 80 procent
polskiego personelu lotniczego przez Rumunię i Węgry
na Zachód. Rumunia, która początkowo zgodziła się
na przyjęcie myśliwców polskiego lotnictwa, w rezultacie,
po ogłoszeniu swej neutralności, wycofała się z tego.
Na południe ruszyły eskadry Zdzisława Krasnodębskiego –
pierwszego dowódcy Dywizjonu 303, a podchorążych z
Dęblina przeprowadzał Witold Urbanowicz –
późniejszy dowódca.

Bitwa o Anglię

Do Anglii dotarło ponad 30 tys.
polskich lotników, marynarzy i żołnierzy.
Musieli pokonać barierę językową i przetrwać
przymusowe szkolenia. Lotnicy dążyli do sformowania
polskich jednostek. Jednak udało się to dopiero 2
sierpnia 1940 r., kiedy to Winston Churchill przychylił
się do żądań gen. Władysława Sikorskiego i zezwolił
na utworzenie polskiego Dywizjonu 303, który Polacy
ochrzcili kościuszkowskim. Stało się tak z powodu
zmasowanego ataku Luftwaffe na brytyjskie lotniska
oraz dużych strat w ludziach i sprzęcie, jakie ponieśli
Anglicy. Dopiero 1 września 1940 r., czyli w rocznicę
pierwszych walk w Polsce, dopuszczono oficjalnie
Dywizjon 303 do akcji – miał zablokować drogę
ciągnącym na Londyn niemieckim bombowcom.
Był to najtragiczniejszy dla angielskiego lotnictwa
dzień największych strat w całej bitwie o Anglię, ale
polscy lotnicy wyszli z tej akcji zwycięsko. Od tamtego
dnia uczestniczyli chlubnie w codziennych walkach z
niemieckim wrogiem, osiągając tak spektakularne
sukcesy, że wkrótce stali się bohaterami Anglików.

W najważniejszym w bitwie o Anglię wrześniowym
okresie, piloci Dywizjonu 303 zestrzelili trzykrotnie
więcej przeciwników niż przeciętnie każdy z innych
dywizjonów alianckich, mając przy tym trzykrotnie
mniej strat własnych. A przecież latali na nieco
przestarzałych hurricane`ach, które nadawały się
jedynie do walki z bombowcami Luftwaffe. 31 października
1940 r. kampania powietrzna zwana bitwą o Anglię zakończyła
się klęską Luftwaffe. Niemcy stracili ponad 1700
samolotów a około 600 zostało uszkodzonych. RAF
stracił 915 maszyn i prawie 500  pilotów, wśród nich 33
Polaków. Bazę w Northolt, gdzie stacjonowali,
odwiedził sam król, gdyż Jego Wysokość chciał
osobiście pogratulować Polakom sukcesu.

Koniec Dywizjonu 303

Po zawarciu przymierza z Amerykanami polscy lotnicy przestali
być Anglikom potrzebni, choć gdy  bronili ich kraju noszeni byli
na rękach. Zostali nawet wykluczeni z udziału w London Victory
Parade w 1946 r., choć jeszcze w 1944 r. unieszkodliwiali  nad
Anglią nową broń niemiecką – bezzałogowe pociski V1. Gdy w
czasie trwania powstania warszawskiego wysłali do angielskiej
królowej telegram, w którym błagali o umożliwienie im
wspomożenia Warszawy – nie otrzymali odpowiedzi.
15 pilotów z pierwszego składu Dywizjonu 303 poległo na polach
podniebnych bitew. Wojnę przeżyło dziesięciu. Zgodnie z
testamentem Dywizjonu 303 wszystkie pamiątki po nim miały
trafić do Muzeum Wojska Polskiego
w Warszawie, ale jak dotąd wciąż znajdują się w Instytucie
i Muzeum gen. Sikorskiego w Londynie.